Czy nadal jestem włosomaniaczką?

IMG_8567

cześć ziewczynyDziś właśnie zadałam sobie takie pytanie: czy nadal jestem włosomaniaczką? Stwierdziłam, że odpowiedź na to pytanie wcale nie jest taka prosta jakby się wydawało. O moje włosy dbam szczególnie już od 4 lat i w tym czasie udało mi się doprowadzić je do satysfakcjonującej kondycji. Trwało to dość długo, ale efekt jest naprawdę świetny i współmierny do wysiłków. Przez cały ten czas na blogu jak i w życiu określałam się mianem włosomaniaczki.  

Z początku byłam włosomaniaczką bardzo ortodoksyjną. Trzymałam się ściśle określonych zasad w pielęgnacji i nie pozwalałam sobie na żadne odstępstwa. Suszenie włosów? Tylko naturalne. Lokówka? Trzymana z daleka, w dodatku w sklepie na półce. Mycie włosów? Delikatnym szamponem metodą kubeczkową. A co z olejowaniem? W sumie to tak często jak tylko to było możliwe. Mogłabym tutaj jeszcze wyliczać i dodać do tego zrezygnowanie z silikonów, wycieranie włosów w bawełnianą koszulkę, szczotkowanie włosów tylko na sucho, maska do włosów zawsze na 15 minut i więcej i wiele wiele innych.

Zasad było bardzo dużo i niestety to wszystko zajmowało też sporo czasu – nawet temu nie zaprzeczam. Z drugiej strony jednak wiem, że taka pielęgnacja pozwoliła moim włosom troszkę odsapnąć po latach farbowania, kręcenia, karbowania i cieniowania. Początkowy okres jednak wcale nie był dla mnie trudny do zniesienia czy niewygodny. Byłam pełna zapału, czekałam na spektakularne efekty! Niestety w miarę upływu czasu dowidziałam się, że to nie działa tak szybko jakbym chciała.

Byłam więc po prostu zmuszona do wymyślenia lepszego planu pielęgnacji, takiego, który nie zajmuje kilku godzin dziennie i takiego, który będzie już ze mną na lata. Udało mi się to po około 2-3 latach pielęgnacji. Poznałam lepiej swoje włosy i ich potrzeby, wiedziałam już, co szkodzi im bardzo a co jednak troszkę mniej niż myślałam.

Okazało się, że moje włosy wcale nie reagują tak źle na czesanie na mokro, suszenie suszarką i sporadyczne kręcenie prostownicą, za to wyglądają okropnie po nocy spędzonej w swojej rozpuszczonej formie, nie spięte w koczka – wtedy są pogięte, połamane i po prostu straszne. Także osuszanie zwykłym ręcznikiem oraz mycie szamponem bez rozcieńczania im nie szkodzi, a stwierdziłabym, że pomaga ze względu na to, że włosy są szybciej i dokładniej oczyszczone [może nie oszczędzam na szamponie, ale na wodzie i gazie już tak]. Takich przykładów jest więcej, ale wróćmy do pytania z tytułu tego wpisu „czy jestem nadal włosomaniaczką?”.

Uważam, że TAK  ale włosomaniaczką nie w sensie - maniaczką, której życie toczy się wokół pielęgnacji włosów i która spędza większość czasu w łazience zawalonej przeróżnymi nowymi produktami do włosów, ale włosomaniaczką – kobietą, która uważa swoje włosy za wielki atut, lubi o nie dbać i zdobywać wiedzę o ich pielęgnacji, a zwłaszcza kobietą, która traktuję swoje włosy i tę urodową pasję z dystansem.

A Wy co myślicie o włosomaniaczkach i jak sobie je wyobrażacie? A może same jesteście włosomaniaczkami?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.